Moje odczucia przed filmem były dosyć entuzjastyczne. Nie wiem, który dokładnie element marketingowej nagonki zadziałał, ale poczułem w sobie konieczność sprawdzenia, cóż zacz. Wbrew złowrogiej propagandzie kina, które straszyło widzów serwowaniem cyfrowej projekcji, żadnych cyferek na ekranie nie uświadczyłem -- no i chyba dobrze.
Film wpasowuje się w scenariusz #4: naukowy eksperyment wymyka się spod kontroli i świat pędzi ku zagładzie niczym hoża wiewiórka. Do tego dorzucamy wariant .2 (Kevin sam w domu) i dodatek Z (Z jak Zombie). Końcowa klasyfikacja wygląda więc następująco: #4.2Z: samotny bohater po naukowym bublu walczy z zombiakami. To ta radośniejsza część. Ta smutniejsza jest natomiast taka, że w zasadzie można by recenzję filmu na tym skończyć.