W każdym utworze literackim napotykamy na zwroty akcji. Jeżeli do tak dumnie brzmiącej kategorii można podciągnąć też bloga (nad czym można dyskutować), to mogę oświadczyć wszem i wobec, że takowy zwrot nastąpił. Dzisiejszego dnia przeczytacie pierwszą (sic!) pozytywną recenzję.
Koncept Sweeney Todd może wydawać się banalny: ot, typowa (w każdym razie: niespecjalnie odkrywcza) historia o utraconej miłości i zemście. Okazuje się jednak, że to nie wymyślny koncept a rewelacyjne wykonanie może przynieść sztuce sukces. Tak jest właśnie w przypadku filmu Sweeney Todd, gdzie musical z Broadwayu okraszony specyficzną estetyką Tima Burtona urasta do prawdziwego Dzieła.
Ponieważ film jest adaptacją musicalu, to warto wspomnieć o stronie muzycznej. Tutaj twórcy postanowili być wierni oryginałowi -- sam materiał muzyczny nie został zmieniony, aczkolwiek znacznie przycięty (w końcu musical w oryginale trwa prawie trzy godziny, a film około dwóch). Zwiększono też znacznie skład orkiestry i trzeba przyznać, że nowe aranżacje brzmią wyśmienicie. Nie mam też uwag co do śpiewających aktorów (w końcu nie zawsze oczywistym jest, jak oni śpiewają).
Dodam też, że moim zdaniem idealnie wyważono proporcję między akcją, dialogiem a piosenką. Czas przy oglądaniu filmu płynie szybko, a widz nie odczuwa znudzenia (zwanej też sennością nocy letniej) słuchając 2-godzinnego utworu (nie wszyscy są bowiem do takiego wysiłku zdolni).
Przejdźmy jednak do meritum, czyli do świata wykreowanego. Muszę przyznać, że byłem pod dużym wrażeniem scenografii i ogólnej atmosfery. Cóż, ale czego można było się spodziewać łącząc historię golibrody-mordercy z Fleet Street z twórcą (niedocenionej chyba zresztą) Gnijącej Panny Młodej? Efekt jest znakomity. Świat nie jest ani odrobinę zbyt cukierkowy (co mógłby sugerować lejący się litrami ketchup z rozciętych gardeł), ani też zbyt mroczny (chyba, że macie słabe żołądki, a tuż przed seansem jedliście mięsne paszteciki).
Przy okazji nie mogło zabraknąć też elementów czysto humorystycznych. Wielkie poruszenie (połączone z ogólnym chichotem) wywołało na sali nazwisko Sacha Baron Cohen w czołówce filmu. Tak, tak: ten pan to właśnie Borat lub, jak kto chce, Ali G. Oczywiście, takiej personie ciężko by grać jakąś poważną i smutną rolę. Dlatego też Borat, znaczy um... Sacha wciela się w pana Pirellego, golibrodę o interesującej aparycji. Jeżeli jeszcze można wspomnieć o słynnych aktorskich rolach, to niektórym chwilę przyszło walczyć z czarnymi myślami, że sędzia Turpin to nie kto inny, jak... złowrogi Severus Snape (wiadomo z jakiego filmu). Fakt ten pozostawiam bez komentarza.
Podsumowując: film obejrzeć warto, a jeżeli ktoś przepada za musicalami, to jest po prostu konieczność!
Ocena: 7/8