Takie słowa wypowiedziane przez Anglika, Polak skwitowałby: chyba na pamięć! I -- gdybyśmy chcieli pozostać przy dosłownym tłumaczeniu -- to tym razem nasi byliby górą. Niestety.
Gdy chodziłem do gimnazjum i liceum, nauka różnych treści na pamięć była dla mnie zawsze straszną mordęgą. Cóż jednak można było zrobić? ,,Wszystko można zrozumieć...'', mógłby ktoś rzec. Prawda i nieprawda. Czasem materiału do nauki jest bowiem tak dużo, a dependencies sięgają tak głęboko, że gdyby człowiek chciał go całego objąć rozumem, to musiałby najpierw skończyć kilka uniwersytetów. Czasem natomiast to, czego od nas wymagają do nauki jest tak chaotyczne i nielogiczne, że innej metody zakuwu nie ma. No bo kto zrozumie genezę wszystkich czasowników mocnych w języku niemieckim?
Nie ma co jednak płakać nad losem biednej młodzieży szkolnej. Każdy w końcu kiedyś kończy szkołę (albo ze szkołą) i wydawać by się mogło, że wtedy jego cierpienia z nauką na pamięć się kończą. No cóż, trzeba rzec znów: prawda i nieprawda...
Studiując wymarzony kierunek człowiek ma jednak trochę lepsze nastawienie do przedmiotu nauczania i nie uczy się już na pamięć w sposób bezmyślny (mając podstawy z innych przedmiotów można sobie analizować materiał chociaż kilka warstw niżej). Czasem jednak trafić można na prawdziwą kobyłę, którą bez zgrzytania zębami ugryźć mogą tylko najtwardsi studenci. W moim przypadku taką kobyłą był materiał na Analizę matematyczną (i to w dwóch odcinkach; AMI i AMII). Łącznie grubo ponad 200 twierdzeń, wszystkie poparte dowodami. Oczywiście na początku zaczyna się sympatycznie, ale każda kolejna dziesiątka na liczniku to kolejny stopień wtajemniczenia. Wszystko jest do zrozumienia -- żeby nie było -- ale oczywiście realia egzaminacyjne nie są z gumy: stres i mocno ograniczony czas powodują, że człowiekowi mogą pomylić się nazwiska, a co dopiero metody dowodzenia.
Było, minęło. Mam to już na szczęście za sobą. Myślałem jednak, że czeka mnie długi odpoczynek od podobnych maratonów intelektualnych. Zachciało mi się jednak zdawać na prawo jazdy.
Egzamin na prawo jazdy składa się z dwóch części (dowód, jako proste ćwiczenie, pozostawiam Czytelnikowi). W części teoretycznej kursant musi odpowiedzieć na 18 pytań, popełniając nie więcej niż 2 błędy. Losując sobie te 18 pytań, większość będzie dosyć banalna (coś w rodzaju: Czy widząc na drodze grupę stu pijanych, leżących na jezdni i obracających się wokół własnych osi w orgiastycznym szale ludzi, należy: A) rozjechać ich, nie zmieniając istotnie prędkości B) rozpocząć hamowanie C) zachować szczególną ostrożność). Ale większość, jak to w demokracji bywa, ma niewiele do powiedzenia. W takim teście zwykle trafia się jedno lub dwa pytania, w których musimy odpowiedzieć na niezwykle trudne pytanie, często sprowadzające się do ,,co autor obrazka miał na myśli'' i rozważać, czy odpowiedź ma podwójne, potrójne, a być może nawet dziurawe dno. Mając pecha, można na egzaminie trafić na 18 takich ,,niefajnych'' pytań. I co wtedy? Smuteczek, ot co.
Jeżeli, drogi Czytelniku, dobrnąłeś aż tutaj, to Cię bardzo podziwiam. Z tego podziwu podzielę się tematem czytanej właśnie notki. Miast snuć kolejne przygnębiające historie o niedoli uczenia się pierdół, chciałbym podzielić się moimi metodami na radzenie sobie z ową niedolą (coś w rodzaju Jak oni uczą się na pamięć?).
Jak już pisałem, NNP (nauka na pamięć) to zło. Zło, nie dość, że złe, to jeszcze do tego nudne jak sto pięćdziesiąt. Dlatego, każdorazowa NNP wiąże się u mnie z fabułą. Ogólnie: wymyśleć metodę nauki X tematów w jak najciekawszy i przykuwający uwagę sposób. Do tego warto, aby metoda dawała rezultaty. Opowiem kilka fabuł:
- w drugiej czy trzeciej klasie liceum musiałem uczyć się wspomnianych już wcześniej czasowników mocnych (starke Verben über alles). Napisałem program, w którym była wklepana cała lista czasowników. Początkowo każdy z nich miał wartość 0. Następnie uruchamiało się kolejne testy. Każdy test to 10 czasowników. Dobra odpowiedź na dany czasownik (podanie poprawnych 3 form od polskiego tłumaczenia) to +1 punkt. Zła: -2. Przy każdym teście czasowniki są losowane, jednak zawsze sortowane są po ilości punktów (ORDER BY punkty ASC, random() ASC). Dzięki temu nie traci się czasu na naukę tego, co już się umie (zakładam, że jeżeli za pierwszym razem odpowiedziałem dobrze, to za każdym następnym -- również egzaminacyjnym -- odpowiem tak samo; z tego założenia będę korzystał nieraz), natomiast każdy źle odmieniony czasownik trzeba będzie powtórzyć co najmniej 3 razy (2 razy w następnych testach, bo ilość punktów czasownika spada; gdy natomiast punkty się wyzerują, to czasownik wraca do ,,ogólnej'' puli, gdzie złowieszczo czeka na to, abyśmy zdążyli go zapomnieć). Ta metoda, choć skomplikowana, przyniosła jednak znakomity rezultat (4 godziny tą metodą dały lepsze efekty niż 2 tygodnie tradycyjnego wkuwania).
- do analizy matematycznej podszedłem w inny sposób. Wybrałem quiz. Zasady są takie: mamy listę pytań. Rzucamy kostką, aby wybrać numer pytania (pytania ,,zdane'' omijamy). Jeżeli odpowiadamy dobrze, to odhaczamy dane pytanie i rzucamy znowu, przenoszą się o wyrzuconą ilość oczek wprzód (dodam, że używałem 1k20). Celem jest dotarcie do końca i zdobycie po drodze punktów (zaliczonych pytań). Nieprawidłowa odpowiedź powoduje powrót na start. To jest dobra metoda, jeżeli mamy dużo czasu na naukę i możliwość chociaż dwukrotnego zastosowania metody z tej racji, że faworyzuje ona pytania z początku listy. Można jednak w kolejnych ,,rundach'' zaczynać od dalszych pytań (niekoniecznie od pierwszego). Problemem w tym przypadku była też definicja ,,poprawnej odpowiedzi na pytanie'' -- tutaj jedyną uczciwą metodą jest odpowiadać pisemnie, a następnie porównywać odpowiedź z wzorcem. Inaczej możemy mieć mocno zawyżone mniemanie o naszej wiedzy... Gorzej, jeżeli wzorca nie ma. Było kilka takich pytań, nad którymi bezskutecznie głowił się cały wydział. Cóż -- w życiu, poza wiedzą, trzeba mieć też sporo farta...
- do teorii do prawa jazdy wybrałem klasyczną wykreślankę. Mamy tabelkę, w której są numery pytań. Z komory maszyny losującej wypada 18 liczb (nieużywanych wcześniej numerów pytań). Dobra odpowiedz -- wykreślamy pytanie. Działa założenie, o którym pisałem wcześniej. Zła odpowiedź -- pytanie trafia do ,,kolejki złych'' -- do nich można wrócić na końcu, poza tym wiadomo już, które pytania sprawiają największy problem. A ile radości!
Właśnie, istotną rzeczą przy wszystkich tego typu zabawach jest kontakt z kartką czy innym medium, na którym zapisujemy nasze wyniki. Chodzi o to, żeby robić sobie tabelki, statystyki i inne cuda (byle nie przesadzić; stosunek cudów do pytań nie powinien przechylać się w stronę tych pierwszych). Udział komputera jest generalnie niewskazany, bo dekoncentruje. Chyba, że jesteśmy w stanie wykrzesać z siebie 500% efektywności. Jedynym wyjątkiem są języki obce i różne słówka, czasowniki, et cetera. Muszę kiedyś mój starke-verben-programmen przerobić na bardziej ,,zwinną'' formę i zastosować go do regularnej nauki języka (5 złych odpowiedzi: blokada komputera na 10 minut, hie hie hie). Myślę, że to byłby dziejowy krok naprzód.
Na deser dorzucam zdjęcie trzeciej opisanej przeze mnie fabuły. To początek nauki, ale widać różne szczegóły, takie jak gustowna czerwona taśma klejąca, czy plama po korektorze, gdy pomyliły mi się numerki pytań. Cóż, takie uroki nieposiadania backspace'a w długopisie.

PS. Jeżeli macie podobne (lub zupełnie inne) doświadczenia z NNP, to podzielcie się nimi w komentarzach! :)